Letnicy wjeżdżający do Sokolnik przecierają oczy ze zdziwienia, widząc na niewielkiej działce kilkadziesiąt pasących się egzotycznych kóz.
To bodaj jedyna w województwie hodowla badawcza kóz alpejskich. By było bardziej egzotycznie, ich właściciel, chcąc być bliżej swych pupili, postanowił zamieszkać razem z nimi.
– Lubię być blisko zwierząt. Mogę je obserwować, a one, czując moją obecność, pokazują mi swoją prawdziwą naturę – tłumaczy Józef Puchała-Buchold, właściciel hodowli. – Kozy są bardzo inteligentne, jest więc co podziwiać.
Przygoda pana Józefa z hodowlą kóz alpejskich zaczęła się osiem lat temu. – Dostałem od przyjaciół malutkiego koziołka – wspomina. – Wypuściłem go na zalesioną działkę, a gdy wróciłem, nie mogłem go znaleźć wśród drzew i gęstej trawy. Pomyślałem więc, że to znak i dokupiłem dwie kózki.
Stadko było już oczywiście lepiej widoczne niż pojedynczy okaz. W
międzyczasie okazało się, że "prezent" jest w prostej linii potomkiem
championa górskiej rasy. – Zachęcony tym faktem zarejestrowałem
gospodarstwo i zacząłem hodowlę połączoną z badaniami – opowiada pan
Józef. – Z czasem zamieszkałem obok, by móc lepiej obserwować moje
kozy.
Dziś hodowla liczy kilkadziesiąt zwierząt. By ich nie mylić właściciel
każdemu nadał imiona. – Kozy doskonale chwytają intonację głosu, więc
nie mają problemów z ich rozróżnianiem – mówi badacz. – To bardzo
ułatwia pracę z nimi. Nie mówi się "ej, chodź tutaj", tylko podaje się
konkretne imię, a zwierzę przychodzi.
Ile można zarobić na hodowli rasowych kóz? – Dobrze utrzymany kozioł
kosztuje u mnie około 3 tys. zł – mówi pan Józef. – Mniejsze sztuki
sprzedaję za dwa tysiące. Za dorodne poroże trzeba zapłacić około 1,5
tys. zł, zaś za wygarbowaną skórę kilkaset złotych. – Mleka na razie
nie sprzedaję, bo nie mam go zbyt wiele, jednak koszt litra to około 10
zł – mówi hodowca.
Mimo tego, że ceny nie należą do niskich, właściciel hodowli, która
funkcjonuje już od ośmiu lat, nie narzeka na brak klientów. Zmorą pana
Józefa są tylko letnicy, którzy dokarmiają zwierzęta. – Rzucają tu
różne rzeczy, niekoniecznie dla kóz jadalne – skarży się. – Kilka sztuk
już mi padło od tych "frykasów", dlatego bardzo się staram, by nikt
obcy nie kręcił się zbyt blisko naszego ogrodzenia.