Przygoda w Ozorkowie

18
48

Małgorzacie Kmiecik z Wałbrzycha na długo zapadnie w pamięci jej pierwsza w życiu wizyta w Ozorkowie. Przyjechała w odwiedziny do szkolnej koleżanki, mieszkającej w niewielkiej wsi między Ozorkowem i Parzęczewem. Nie zapowiedziała się, bo to miała być niespodzianka. I to był błąd…

Przyjechałam pociągiem z Kutna i wysiadłam na jakimś odludziu z tabliczką Ozorków na peronie – opowiada Małgorzata. – Nikt inny nie wysiadał, pociąg odjechał i zostałam sama na pustej stacji. Pierwsze, co ujrzałam, to walący się dworzec z zamkniętą na głucho i zakratowaną poczekalnią. Wyszłam do miasta. Na przystanku autobusowym nie było rozkładu jazdy. Nie było informacji, którędy do centrum, planu miasta, ani nikogo, kogo można byłoby o coś zapytać.

Zrozpaczona wróciła na dworzec, by zasięgnąć informacji u dyżurnego ruchu. Według jej relacji w kantorku siedziała opryskliwa kobieta, która nie zechciała nawet otworzyć drzwi. Powiedziała jedynie, że ona nie udziela żadnych informacji i kazała… wysłać SMS z zapytaniem o rozkład jazdy autobusów.

Próbowałam bezskutecznie wezwać taksówkę przez telefon – relacjonuje Małgorzata Kmiecik. – Pod numerem ozorkowskiego postoju, który uzyskałam w informacji telefonicznej nikt nie odbierał słuchawki. Dzwoniłam kilkanaście razy i nic. Głucha cisza. Przez godzinę nie przyjechał też pod dworzec żaden autobus. Zaczęło się robić nieprzyjemnie. Już miałam wsiąść do pociągu nie odwiedziwszy koleżanki, ale na szczęście podjechał samochód, którego kierowca podwiózł mnie do miejscowości, do której chciałam dotrzeć.

Pani Małgorzata mówi, że ciarki ją przechodzą na samą myśl o ponownej wizycie w Ozorkowie. Odwiedzała już wiele miast w Polsce, ale nigdy nie znalazła się w takich tarapatach jak tutaj.

BLIŻEJ CIEBIE 2007-02-17
TEKST: (JAZ)